Lily i James leżeli objęci w łóżku. Kilka dni temu, dowiedzieli się o przepowiedni, z powodu której, Voldemort chce dopaść ich oraz ich dziecko. Lily przekręciła się niespokojnie w łóżku.
-James?
-Tak kochanie?
-Źle się czuję. Boli mnie...- Kobieta urwała i wciągnęła mocno powietrze. James zerwał się z łóżka, w biegu naciągnął spodnie i pomógł wstać Lily.
-Idziemy do szpitala.- Oznajmił i wrzucił do kominka garść proszku Fiuu. –Szpital świętego Munga!- Powiedział i razem z żoną wszedł w płomienie.
-O, Potterowie... Lily, na bogów! Panie Potter, proszę tędy.- Doktor Coverart chwycił rękę Lily i poprowadził ich do najbliższej Sali.
Po bliżej nieokreślonym czasie, James znowu siedział na korytarzu pod salą w której była jego żona i rozmyślał. Za kilka godzin, może nawet minut, dowie się czy ma córkę, czy syna. Siedział już na tyle długo, że zmarzł opierając się o zimną ścianę i nie czuł pośladków, z braku ławki na której mógłby spocząć. Zaczynało powili świtać... Ile tu już był? Trzy godziny? Cztery? Czemu to tak długo trwa? Czy on też rodził się tyle czasu? Zastanawiał się, jak on podoła wstawaniu w nocy do malucha, trzymaniu maleńkiego dziecka, opiekowaniu się takim małym człowiekiem.... Doktor Coverart wyszedł z Sali, niosąc na rękach malutkie zawiniątko.
-Panie doktorze...- Zapytał James, wskazując na zawiniątko.
-Panie Potter, przedstawiam panu, pańskiego syna. Jest silny i zdrowy.- Uzdrowiciel podał zdumionemu Jamesowi maleńki tobołek. Rogacz z zaciekawieniem spojrzał, oczekując zobaczyć śliczną, brzoskwiniową buźkę, o rysach Lily. Zamiast tego, w kocyku spoczywało małe, pomarszczone, niemal całkowicie ślepe stworzenie.
-Ale...- Zaczął niepewnym głosem.
-Wiem o co panu chodzi. Czego pan się spodziewał, po dziecku, które nie ma nawet godziny? Musi się przyzwyczaić do nowego świata, więc proszę być cicho.- Uprzedził lekko sarkastycznie uzdrowiciel i wyszedł. James wpatrywał się w czerwoną buzię i nie mógł przestać myśleć, że oto został ojcem.
-Cześć Harry.- Powiedział cicho, gładząc główkę dziecka. Z Sali, w której nadal leżała Lily, wyszła młoda uzdrowicielka, ze smutną miną. Widząc uszczęśliwionego ojca, natychmiast przywołała na twarz uprzejmy uśmiech.
-Dobry wieczór panu. I gratuluję.- Uśmiechnęła się szerzej.
-Dziękuję. Co z moją żoną?
-Lily... wie pan, ona była bardzo dzielna...- James zbladł. Czy te „trudności anatomiczne” sprawiały jakieś kłopoty?
-Co z moją żoną?- Zapytał głośniej.
-Lily jest silna... Poród bardzo ją wymęczył i był no... Dość bolesny chyba... Proszę pana, tam nie wolno!- James kopniakiem otworzył sobie drzwi do Sali żony i wszedł pewnym krokiem, przyciskając synka do piersi. W Sali stało tylko jedno lóżko, na którym leżała jego Lily.
-Potter, ostatni raz przechodziłam przez coś takiego.- Pogroziła mu reką, ale widział, że się uśmiechała.
-Jesteś okropnie dzielna.- Zapewnił ją James, siadając na krawędzi łóżka.
-A ty podrywasz uzdrowicielki, paradując bez koszuli.- Uniosła kpiąco brwi.
-No, tak, ale teraz przynajmniej wszystkie widzą, że jestem zajęty.- James dumnie spojrzał na synka.
-Wariat...
-Wariatka...
-Uuueee!!- Zaprotestował gwałtownie malutki Harry. Nikt do końca nie wiedział, czy zgadza się on z rodzicami, czy wręcz przeciwnie, ale James podał chłopczyka nadal niezdrowo bladej Lily i obserwował, jak mały, pierwszy raz w życiu je.
Po południu, doktor Coverart zdecydował się wypuścić Lily i Harry’ego do domu. James niemal skakał z radości, oznajmiając każdemu kto zechciał go słuchać (i tym wszystkim, którzy nie chcieli go słuchać) że ma pięknego syna, który nazywa się Harry i jeszcze piękniejsza żonę. Która nazywa się Lily.
-James, przestań zachowywać się, jakbyś...- Nie dokończyła Lily, bo jej mąż doskoczył do niej i pocałował ją rozgłośnie. –Wariat.- Skwitowała.
-Dziękuję miło mi.- James nadal uśmiechał się podekscytowany.
Gdy wrócili do domu, James zajął się rozkładaniem rzeczy małego Harry’ego, a Lily musiała malucha znowu nakarmić. Gdy wreszcie wróciła, niewątpliwie zmaltretowana i wymęczona, James tylko przypilnował, żeby spała na łóżku, a nie na fotelu. Sam, również miał za sobą nieprzespaną noc, więc stwierdził, że nic złego się nie stanie, jeśli przymknie na sekundkę jedno oko...
Obudził go głośny wrzask. Stanął w jednej sekundzie na baczność, a w następnej już był przy dziecku. Harry może i był mały, ale jeśli czegoś chciał, to potrafił wrzasnąć... Donośnie.
-Mój chłopak.- Mruknął James, wyjmując malucha z łóżeczka. Spojrzał na zegar. Maluch nie mógł być jeszcze głodny... Może zwyczajnie potrzebował żeby go przytulić? James oparł sobie główkę niemowlęcia o łokieć i zaczął chodzić z nim dookoła pokoju. Coś było nie tak. Dziecko nadal płakało. Może jest chory?! A może coś się stało...- James zdecydował się Fiuknąć do osoby którą uważał za najmądrzejszą.
-Panie profesorze, on nie chce przestać płakać!- Poskarżył się chwilę później, głowie Dumbledore’a sterczącej w płomieniach.
-To dziwne... Karmiłeś go?
-Nie za bardzo mam czym... Ale nie powinien być głodny. Lily karmiła go jakąś godzinę temu.
-A gdzie ona teraz jest?
-Śpi, nie chciałem jej budzić. Dyrektorze, a co jeśli mały jest chory?- Rzekł James, nadal kołysząc plączące dziecko.
-Nie, chyba nie jest... Hmm, a próbowałeś go kołysać?
-Już od kwadransa!- Jęknął James.
-A próbowałeś go przewinąć, tatku?- Zapytał trzeci głos, gdzieś zza pleców Jamesa. Mężczyzna obrócił się i dostrzegł Lily. Stała w drzwiach salonu i opierała się o framugę. Potter nie mógł nadziwić się, jak w tak krótkim czasie, zdołała odzyskać swoją piękną figurę. Lilyanne pokręciła głową i przewróciła oczami, po czym odebrała zdezorientowanemu mężowi dziecko i skierowała się do łazienki.
-A o tym nie pomyśleliśmy...- Odezwała się z kominka głowa Dumbledore’a i znikła.
-No...- Przytaknął zdezorientowany James. Poszedł za swoją żoną do łazienki, w nadziei że się czegoś nauczy. Ale kiedy tylko przekroczył próg, Lily powiedziała żeby sobie poszedł. James wzruszył ramionami i wrócił do sypialni. Nie zorientował się, kiedy zasnął.
Lily wróciła do sypialni i widząc zwiniętego w kłębek Jamesa, ostrożnie, żeby go nie budzić, umościła się z dzieckiem w ramionach, tuż koło męża.
James Potter otworzył jedno oko. Potem drugie. A potem usłyszał koło siebie dwa równomierne oddechy. Tak, DWA. Jego żony i SYNKA. Odchylił głowę, żeby na nich spojrzeć. Lily, z długimi rudymi włosami, spała spokojnie, przytulając do siebie śpiącego Harry’ego. Uśmiechnął się szeroko, pocałował Lily w policzek i spał dalej.
Lato minęło, mały Harry rósł jak na drożdżach, nie krępując się budzić swoich rodziców o różnych nieprzyzwoitych porach. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia, Lily już zastanawiała się, jak zaprosić wszystkich przyjaciół i jednocześnie mieć czas dla dziecka. Tu z pomocą, przyszli Remus, Syriusz i Peter, którzy zjawili się na tydzień przed świętami i zaoferowali pomoc. Lily z lekką dozą niepokoju oddała im pod opiekę dziecko i sama zajęła się przygotowywaniem domu. W korytarzu, przed wejściem do salonu zawiesiła Jemiołę, w kuchni uzupełniła zapasy i co jakiś czas doglądała tych potraw, które gotowała na zapas, by później zamrozić je zaklęciem.
Ciszę rozdarł wysoki pisk dziecka. Lily w kilku susach była już w sypialni, gdzie to co zobaczyła, przeraziło ją do tego stopnia, że wrzasnęła.
-Jamesie Potterze, co ty sobie do diabła myślisz?! Masz mi zaraz zmienić się w człowieka! I wy też! Remus, jak mogłeś na to pozwolić?!- Wydarła się, widząc ułożone na swoim małżeńskim łóżku, szczura, olbrzymiego wilka i uradowanego Harry’ego którego Remus właśnie sadzał na grzbiecie jelenia.
-Ależ Lily, my nic złego nie...
-Nie próbuj się nawet tłumaczyć!- Odebrała dziecko zdezorientowanemu Remusowi i przycisnęła je do piersi.
-Poodbijało wam? Wszystkim czterem? James, on ma niecałe pół roku i co, chcesz go uczyć jazdy na jeleniu?
-Liluś, kochanie...- Zaczął James, ostrożnie, bo obrazy na ścianach zaczęły drżeć.
-Nie Lilusiaj mi tu! Oczekuję od ciebie ODPOWIEDZIALNOŚCI! Co ty chciałeś, przewieźć małego na grzbiecie, czy jak?- Zazwyczaj jasna cera Lily zbladła jeszcze bardziej, a włosy zaczęły jej ciemnieć. James zdążył już zauważyć, że było to nieomylną oznaką zbliżającej się burzy.
-Wiesz Lily, najpierw chcieliśmy spróbować jazdy na Syriuszu bo jest niższy, ale pchły...
-CO?! Syriusz ma pchły?! Wynocha! Wszyscy won z sypialni! Macie iść do łazienki, odpchlić się a potem ewentualnie możecie wrócić po dziecko. Ale najpierw, chcę widzieć tutaj porządek!- Zerknęła na walające się po podłodze poduszki, na przewróconą kołyskę i kilka brudnych śladów psich łap. Nagle coś pociągnęło ją za włosy. Szarpnęła głową i zauważyła, że to Harry bawi się jej włosami. Uśmiechnęła się do synka i rozmawiając do niego, wyszła z sypialni.
-Ale masz żonę wariatkę, Potter...- Pokręcił głową zrezygnowany Syriusz, drapiąc się po pośladku.
-Słyszałam, Black!- Usłyszeli z dołu rozeźlony głos Lily. Remus zachichotał i zabił siedzącą mu na ramieniu pchłę.
Święta udały się wspaniale, w Nowy rok Lily i James, wreszcie mieli dla siebie cały dzień. Syriusz, ojciec Chrzestny Harry’ego zaoferował, że zaopiekuje się chłopcem, razem z Is. Lily której niepewność nieco osłabła, kiedy zobaczyła Isabel w akcji, Sylwestra, spędziła tylko i wyłącznie z mężem. Dziwnym było, że nawet nie zauważyli nowego roku. Ale mieli na głowach inne... Ważniejsze sprawy. Sprawy, które czekały od dziewięciu miesięcy przed narodzinami Harry’ego.
Chłopczyk rósł zdrowo, otoczony opieką przez przewrażliwioną matkę, frywolnego ojca chrzestnego, i ojca rodzonego. Lily uprzejmie, aczkolwiek stanowczo zabroniła wybierania małemu matki chrzestnej. James rozumiał jej decyzję i w pełni ją uszanował. Lily zawsze chciała, żeby matką chrzestną jej dziecka była Sara. A ponieważ nikt nie mógł Sary zastąpić... Więc mały miał tylko ojca chrzestnego.
Lily posadziła sobie synka na kolanach i mówiła do niego. Była pewna, że już lada dzień, chłopiec zacznie mówić, więc starała się jak najszybciej go do tego sprowokować. Opowiadała mu o ich domu, o swojej przyjaciółce, która nadal gdzieś tam ich obserwuje. James czasem przyglądał się żonie, jak krząta się po domu, z dzieckiem opartym o biodro i zastanawiał się, kiedy z seksownej nastolatki, zmieniła się w dojrzałą kobietę, matkę i panią domu. Pokręcił głową i zaczął przystrajać pokój małymi nietoperzami. W końcu, zbliżało się Halloween.
-Jim, chodź tu i weź małego. Przyszedł list od Chris!- Krzyknęła do niego z kuchni Lily. James wstał i poszedł do niej
-Co pisze?
-Że... Że Is nie żyje. Cholera... Syriusz będzie zrozpaczony.
-Co? Czemu akurat Syriusz?
-Bo się w niej zakochał.- Lily zmięła list i wyrzuciła do kominka. Ostatnio coraz więcej otrzymywali takich listów. Niedawno, dowiedzieli się, że zginał ich dawny szef i zastąpiono go Jakimś młokosem, „Crouchem”. Rudowłosa kobieta umyła ręce i wzięła od męża dziecko. Wykąpała malucha mrucząc pod nosem coś o niebezpiecznych czasach, nakarmiła go ostatni raz i położyła do łóżeczka. Razem z Jamesem, zeszła do wyjścia i jak co wieczór założyła barierę ochronną nad domem. Kiedy przewiał ją zimny, październikowy wiatr, coś ją tknęło. Sara, zwierciadło Hartmanna... Jęknęła cichutko zdając sobie sprawę z tego, co się dziś stanie.
-Lily, kochanie co się dzieje? Jesteś strasznie spięta.- Zapytał mąż, całując ją w ramię. Lily pokręciła głową i poszła do sypialni. Gdy leżeli razem w łóżku, Ruda wymacała rękoma szyję Jamesa, a na niej Kamień Duszy, który tyle razy go chronił. Tak jak mówiła Sara „To twoje przeznaczenie i nic co zrobisz już go nie zmieni.” Lily oparła się o brzuch męża i zdjęła mu z szyi kamień.
-Czemu...?- Zaczął James ale ona tylko pokręciła głową. Bo tak już musi być. Ich synek przeżyje, podczas gdy oni zginą. Wstała z łóżka pospiesznym krokiem podeszła do kołyski i włożyła dziecku na szyję swój Kamień Duszy. James widząc w półmroku co robi jego żona, wziął z szafki nocnej klejnot który do tej pory go strzegł i również założył synkowi na szyję. Gdy oboje położyli się do łóżka i objęli w ciszy, z kołyski wypełzło błękitne światło, które na moment ich oślepiło, a potem nagle zgasło.
-Co to było?
-Powietrze. Twórcze myślenie i rozwaga.- Szepnęła Lily, po raz ostatni żegnając się z Jamesem. Zasnęli nie na długo, bo około drugiej w nocy, z dołu dobiegł ich huk i odgłos wybuchu.
Rozejrzała się wokoło i pomieszczenie wydało jej się znajome. Wreszcie dostrzegła rudą kobietę, kulącą się w rogu, przyciskającą do piersi... Niemowlaka zawiniętego w kocyk. To nie mogła być ona... A nawet, jeśli, to dziecko, nie mogło być jej. Podeszła do kobiety i przyjrzała jej się dokładnie. Na palcu serdecznym miała obrączkę, a więc była mężatką. A dziecko, było też dziwnie, do kogoś podobne. Nagle, Ruda usłyszała kroki. Obie Lily, ta nastoletnia i ta dorosła, wpatrywały się teraz w ciemny korytarz. Nagły błysk oślepiającego, zielonego światła, i głuchy łoskot, jakby na ziemię upadł worek ziemniaków. I w strudze księżycowego światła, które oświetlało próg pokoju, ukazała się ręka, upadła na ziemię, i wypuściła trzymaną różdżkę. Lily dostrzegła, że na czwartym palcu, była obrączka. Taka sama jak na ręce jej samej starszej... Ruda zakryła dłonią usta. Bo to znaczyło, że... Nawet nie śmiała o tym myśleć. Wtem, do ciemnego pokoju, weszła wysoka postać, okutana w czarne szaty, z różdżką wyciągniętą w stronę starszej Lily.
-Twojego męża już zabiłem. Teraz twoja kolej. Ale dobrze wiesz, że nie musisz ginąć. Możesz oddać mi dziecko, i żyć. Ze mną.
-Idź do diabła!
-Och, niewątpliwie, kiedyś się tam znajdę, ale przedtem, czeka mnie życie... Długie. Oddaj dziecko!
-Nie, proszę! Zabij mnie, ale zostaw mojego syna w spokoju!- Młodsza Lily, otworzyła oczy szeroko ze zdumienia. Jeśli ta kobieta, to ona sama, to, to dziecko... To jej syn! Ale to niemożliwe!
-Dobrze wiesz, że nie zrobię tego, więc nie błagaj mnie, bo to żałosne i nigdy się tego nie spodziewałem po tobie. Faktem jest, że zaraz ktoś zginie. Od ciebie zależy, czy będzie to jedna osoba, czy dwie. Nie musisz umierać.
-S’ qe toi d’hoine!
-Crucio!- Lily stojąca w rogu też poczuła ten ból. I przez chwilę, usłyszała myśli tej kobiety. Myśli zbolałe, udręczone, odarte z wszelkiej radości życia. Ktoś zdradził. Mój mąż nie żyje. Zaraz zginę. Nie uratuję synka... I nagle, coś ją olśniło. Poświęcenie... Jeśli ona mogła dziś uzdrowić Pottera, to ta kobieta, może uratować swoje dziecko... Cierpienie, za cierpienie. Krew za krew. Życie... Za życie. Niewiele myśląc, podeszła do Lily z dzieckiem na ręku, i zaczęła do niej szeptać.
-Lily, przypomnij sobie, czego cię nauczyła Amy! Trochę poświęcenia. Będę cię trzymała za rękę. To nie będzie bolało, obiecuję... Musisz ratować synka.- Wpatrywała się w swoje oczy, w tej kobiecie, i zobaczyła w nich płomień determinacji i zawziętości. Przez chwilę Ruda była pewna, że kobieta przytomnie na nią spojrzała. I lekko kiwnęła głową. I w tym momencie, Voldemort westchnął, prawie z żalem, uniósł różdżkę, i najspokojniej w świecie powiedział-
-Avada Kedavra!- Dorosła Lily lekko się uśmiechnęła i upadła na podłogę. Martwa. Młodsza Lily, delikatnie wyłuskała płaczące dziecko, z kurczowych objęć matki, i przytuliła do siebie, czując ciepłe łzy na policzkach. Czarny Pan, nie przejął się zbytnio, tym, że maluch lewituje, co przypisywał efektowi Tarkwina. Pokręcił głową i tym razem, bardziej stanowczo krzyknął-
-Avada Kedavra!- Błysnął promień zielonego światła, ale coś poszło nie tak jak powinno. Dziecko nie przestało płakać, ale zanim Czarny Pan zorientował się, że popełnił wielki błąd, dosięgło go jego własne zaklęcie.
Evans siedziała jeszcze przez chwilę tuląc chłopczyka do piersi, i próbując go uspokoić, ale kiedy usłyszała głośne trzaski towarzyszące aportacji położyła niemowlaka z powrotem w ramiona matki, ale zanim odeszła, ucałowała małego w czoło, dokładnie tam, gdzie miał bliznę, w kształcie błyskawicy. Podniosła twarz, uśmiechnęła się do dziecka, które w odpowiedzi uspokoiło się i uśmiechnęło do niej. Lily odwróciła się, i zniknęła.
-Pogięło cię? Musiałaś tam wchodzić?- Wrzasnęła na nią Sara, kiedy wróciła do swojego dormitorium. Ale Lily była zbyt przejęta, tym, co właśnie zobaczyła, żeby zważać na to co mówi do niej przyjaciółka.
Oszołomiona Ruda usiadła na swoim łóżku, w ogóle nie słysząc wrzasków Sary, tylko rozpamiętując to, co właśnie zobaczyła. Jeśli to wszystko było prawdą, to będzie miała dziecko, ale umrze szybko. Ale to przecież absurd! Niemożliwe. Niewykonalne...
-Lily, bierz Harry’ego i uciekaj! To on! Zatrzymam go.- Krzyknął James, naciągając spodnie i koszulę. Chwycił różdżkę, przechylił się przez łóżko i pocałował Lily. Szybkim ruchem musnął czubek głowy synka i zbiegł na dół. Ruda w pierwszej chwili chciała zabrać męża i aportować się, jak najdalej stąd. Ale wiedziała, że to i tak by nic nie dało. Co najgorsze, pozbawiła Jamesa jego największej ochrony. Miała ochotę ukryć dziecko gdzieś, w bezpiecznym miejscu i dokopać temu potworowi, który właśnie zabijał jej męża. Ale nie mogła. Tak już ma być i koniec. Lily zamknęła oczy i skupiła się. Który to był pokój... Sypialnia. Lilyanne odetchnęła, zawinęła Harry’ego w kocyk i zaczęła mruczeć zaklęcia stabilizujące. Kilka minut później, w drzwiach, naprzeciwko zobaczyła jak James cofa się do sypialni. Nie zdążył do niej wejść, ponieważ błysnęło zielone światło i Lily usłyszała łoskot upadającego ciała. Wybacz Jimmy, nie można inaczej. Lily odetchnęła głęboko, wiedząc, że teraz jej kolej.
Postać, tak przez nią znienawidzona, przestąpiła martwe ciało i weszła do sypialni.
-Twojego męża już zabiłem. Teraz twoja kolej. Ale dobrze wiesz, że nie musisz ginąć. Możesz oddać mi dziecko i żyć. Ze mną.
-Idź do diabła!
-Och, niewątpliwie, kiedyś się tam znajdę, ale przedtem, czeka mnie życie... Długie. Oddaj dziecko!- Voldemort wyciągnął w jej stronę rękę. Lily skuliła się wbrew sobie. Nie próbowała walczyć, bo wiedziała, że to dziś dane jest jej umrzeć. W dodatku, wiedziała, że ktoś ją obserwuje, wiec powiedziała, łamiącym się głosem-
-Nie, proszę! Zabij mnie, ale zostaw mojego syna w spokoju!- Wiedziała, że patrzy na nią ona sama z przeszłości, wiec musiała się trzymać scenariusza.
-Dobrze wiesz, że nie zrobię tego, więc nie błagaj mnie, bo to żałosne i nigdy się tego nie spodziewałem po tobie. Faktem jest, że zaraz ktoś zginie. Od ciebie zależy, czy będzie to jedna osoba, czy dwie. Nie musisz umierać.- Przejrzał ją. Stary gad zauważył, że to nie prawdziwa ona. Lily się uspokoiła. To wcale nie boli... A jej synek wyrośnie na wspaniałego mężczyznę.
-S’ qe toi d’hoine!- Krzyknęła dumnie, przyciskając dziecko do piersi.
-Crucio!- Nawet nie wiedziała, jak wielka jest różnica, w odczuwaniu tego zaklęcia gdy się nie ma Kamienia Duszy. Wrzasnęła, a kiedy ten sukinsyn zdjął z niej zaklęcie, usłyszała w głowie głos, którym nie mówiła od czasów czwartej klasy.
- Lily, przypomnij sobie, czego cię nauczyła Amy! Trochę poświęcenia. Będę cię trzymała za rękę. To nie będzie bolało, obiecuję... Musisz ratować synka.- Spojrzała na samą siebie z przeszłości i skinęła głową.
-Avada Kedavra!- Krzyknął ten psychopata celując w nią różdżką. Zaraz i ty zdechniesz, sukinkocie, pomyślała Lily, umierając, z lekkim uśmiechem na ustach.
Płaczące dziecko, zaczęło lewitować, czym Czarny Pan się nie przejął. Ta dziwka Evans, była wielką wiedźmą. Szkoda, naprawdę szkoda, że musiał ja zabić. Trochę dziwne, że nie walczyła...
-Avada Kedavra!- Powiedział, celując różdżką w plączące dziecko. Ale coś było nie tak... Ta suka Evans, dała mu swój kamień! I poświęciła się dla bachora! Jak mógł tego nie przewidzieć! Zielony promień odbił się od malucha i ugodził Czarnego Pana. Rozległ się szum, wszystko spowiła ciemna mgła i po chwili zewsząd słychać było trzaski aportacji. Mały Harry, świadomy tego, że właśnie zdarzyło się coś niedobrego, zaczął głośno płakać.
Ciszę nocy, przerwało wycie zrozpaczonego wampira. Ktoś, kogo wampir kochał, ktoś kto wiele razy uratował wampira, już nigdy się do niego nie uśmiechnie... I to wszystko, przez ambicje tego wampira. Bo to właśnie ten wampir, przekazał swojemu szefowi- psychopacie przepowiednię, która skłoniła go do zamordowania tej cudownej kobiety. Wampir, kiedy tylko zorientował się, co zrobił pobiegł do Dumbledore’a i poprosił o możliwość szpiegowania. I zobaczenia się z tą kobieta, jeszcze przed jej śmiercią. Ale dyrektor mu nie pozwolił. Więc wampir bezsilnie czekał, na śmierć jedynej kobiety, którą kiedykolwiek kochał.
Lily otworzyła oczy. Czyżby nie umarła?
-Umarłaś. Ale twoja dusza nadal żyje.- Odezwał się do niej glos, którego nie słyszała od bardzo dawna.
-SARA?
-Tak kochanie. Jestem z ciebie taka duma, córeczko.- Sara, ubrana w nienaganną, białą suknię ślubną objęła Lily.
-Co się stanie z moim synkiem?
-On sam będzie panem swojego przeznaczenia. Jeszcze wiele bólu i strachu przed nim. Ale... Zakładam, że zostaniesz tu ze mną i będziesz się nim nadal opiekować.
-Jak...?
-Póki dziecko ma twój Kamień Duszy, będzie żyło. Póki będzie o tobie pamiętał, będzie wiedział kto jest jego matką, będziesz mogła być przy nim. Tak, jak ja byłam przy tobie.- Uśmiechnęła się ciemnowłosa Elfka i ucałowała córkę w czoło.
Nad domem Potterów unosił się Mroczny Znak. Dla Syriusza, parkującego swój motor, oznaczało to jedno. Peter zdradził.
-Siriusz Black! Ja nie mogę. Co ty tu robisz?
-Hagrid?
-Ano ja. Dumbledore przysłał mnie po chłopaka.
-Słuchaj, nie wiem czy...
-Dumbledore kazał.
-Hagrid, jestem jego ojcem chrzestnym.
-W takim razie, idź ze mną i pogadaj z dyrektorem...
-Nie. Lepiej nie. Masz, weź mój motor.- Na twarzy Syriusza odmalowała się zawziętość i determinacja.- Ja idę zapolować na szczury.- Warknął i zniknął w ciemności. Hagrid wzruszył ramionami i wszedł do środka po małego, rocznego chłopczyka który płakał w niebogłosy, wtulony w długie, rude włosy swojej matki. Hagrid otarł olbrzymie łzy ściekające mu po nosie i wziął chłopczyka delikatnie na ręce. Zauważył, że Lily się uśmiechała. Nawet po śmierci, była dumna z synka. Hagrid wcale jej się nie dziwił. Ten maluch, był Chłopcem Który Przeżył. Przeżył i pokonał Czarnego Pana. Jego rodzice byliby z niego dumni.
Chyba faktycznie, należy wam się trochę wyjaśnień.
A więc gwoli usprawiedliwienia, muszę chyba po raz kolejny napisać, że jestem w końcowym roku w gimnazjum i bardzo zależy mi na dobrze zdanym egzaminie i wysokiej średniej na koniec roku. Dlatego przez wakacje, gdy rozmyślałam nad moją Lily, doszłam do wniosku, że mam dwa wyjścia- albo przez wakacje napisać ją do końca i opublikować CAŁĄ opowieść do końca, albo pisać nadal zwykłym tempem i skończyć prawdopodobnie na zakończeniu ich szkoły. A tego bardzo nie chciałam, ponieważ mnie samą denerwowało to, że wiele blogów się tak kończyło. Gdybym teraz nadal pisała notki, to zamiast co 3-4 dni, byłyby one raz na tydzień i na pewno krótsze i gorsze. I wiem, że prawdopodobnie pisanie o Lily zamiast przyjemności stałoby się dla mnie obowiązkiem i ciężarem, więc pewnie długo bym nie pociągnęła. A tak, mam poczucie dobrze wykonanego zadania. Lily została zakończona, tak jak zaplanowałam i kto wie, być może kiedyś jeszcze do niej wrócę, żeby poprawić całe swoje archiwum i pododawać kilka scen, których wcześniej nie było. Biję się ostatnio z myślami, czy nie opisać tego wszystkiego jeszcze raz, tylko, że z punktu widzenia Sary. Ponieważ, oprócz Lily, jest moją ulubioną bohaterką tego opowiadania i naprawdę szkoda mi było ją zabijać. Być może, opisałabym jej dzieje, przed tym, jak trafiła do Hogwartu, nie wiem.
W każdym razie, mieliście do wyboru: przeczytać ta historię w takiej formie jak ją teraz publikuję, lub usłyszeć ją niecałą, w większych odstępach czasowych i gorzej napisaną. Pomyślałam, ze lepiej będzie abyście mieli szansę przeczytać wszystko co zdarzyło się Lily.
Z moim nowym opowiadaniem, jest pewien poważny problem. Będę je pisała bardzo powoli, ponieważ mam niewiele czasu, chcę aby było naprawdę dobrze napisane i wreszcie, mam kłopoty z programem, dzięki któremu wstawiam swoje strony internetowe na serwer. Program nazywa się Total Commander i ostatnio chyba skończył się mój czas użytkowania go bez licencji. Muszę zatem poczekać, na jakąś okazję, kiedy będę mogła poprosić rodziców o kupno licencji. Mogłabym publikować swoje opowiadanie na jakimś blogu, ale nie chcę. Nie wiem czemu, ale wydaje mi się, że wielu ludzi wiąże blogi z płytkimi i mało ambitnymi opowiadaniami, a nie chciałabym aby moje zyskało taką opinie (nie chcę tu nikogo obrazić). Po prostu, poczekam z publikacją nowych części opowiadania, aż będę mogła wstawiać je na Filutkową. Jeśli macie jakieś propozycje na sposób publikacji opowiadania na Filutkowej, lub na inne miejsce, gdzie mogę pisać, żebyście mogli czytać, piszcie w komentarzach, lun mailem (krzysztoffa@autograf.pl) Obiecuję nie znikać i co jakiś czas dawać jakieś małe opowiadania (może szkolne, albo napisane gdzieś na nudnej lekcji opowiadania)
Krzyśka
A teraz obiecane obrazki mojego autorstwa, do tego opowiadania: